Ostatnio rozmawiałam ze znajomą amerykanką, która związała się z transseksualną kobietą i jak tylko podzieliła się ze mną ową nowiną postanowiłam poruszyć temat kobiet transseksualnych w amerykańskim środowisku les. I muszę powiedzieć, że różnice uderzyły mnie w twarz z siłą bolidu wyścigowego rozbijającego się o mur.
Kobieta to kobieta, nie ważne ts czy cis, oczywiście zdarzają się osoby które mają inne podejście jednak jest ich coraz mniej. I gdy mi to powiedziała... przyznaje szczęka mi nieco opadła. Parę lat temu w serialu s-f "Sense8" był poruszony wątek transseksualnej lesbijki i sposób w jaki była traktowana bardzo mi przypominał nasze rodzime realia. A tu zonk... postęp nastąpił.
Bo jak już wspomniałam na naszym podwórku nie wygląda to zbyt ciekawie. Bardzo wiele lesbijek dokucza, żeby nie powiedzieć wprost atakuje swoje transseksualne koleżanki. Sama nie raz i nie dwa dowiadywałam się, że jestem "facetem z dorobionymi cyckami". Zresztą ruch feministyczny też potrafi być wobec nas dość... brutalny.
Nawet te pozytywnie nastawione mają swoje ale... Coś na zasadzie: jesteś fajną koleżanką, ale nie mogła bym być z tobą. I nawet od czasu do czasu któraś powie prosto w twarz z jakiego powodu, jednak nie jest to zbyt częste (no bo chodzi o srs) może ze strachu przed urażeniem - nie wiem i nie wnikam. Tak więc dobra koleżanka, ale nigdy partnerka.
Pamiętam jak nie tak dawno temu poświęcałam dużo czasu pewnej nie wiele młodszej od siebie kobiecie i ta postanowiła zerwać ze mną kontakt ponieważ jej koleżanki lesbijki stwierdziły, że woli facetów bo się ze mną zadaje. Szczerze powiedziawszy zatkało mnie i nie wiedziałam jak na to zareagować. Jednak tak właśnie wygląda ta tolerancja u nas... Nawet w tęczy są normy z których lepiej się nie wyłamywać by nie zostać zaatakowanym.
I na dobrą sprawę będąc transseksualną kobietą i lesbijką najlepiej sobie szukać partnerki spoza środowiska. Nie przejmującej się opiniami, bo niestety w samym środowisku nie jest łatwo o taką osobę, ba jest to nadal hermetyczny klub dla kobiet które urodziły się z cipką. Chociaż postęp powoli nastąpi, bo świat nie lubi stagnacji i myślę, że wcześniej czy później kobiety uznają nas... za kobiety nie tylko gdy będzie to dla nich wygodne.
poniedziałek, 16 września 2019
czwartek, 1 sierpnia 2019
Zasady gry
Należy zacząć od tego, że nie zawsze funkcjonowałam w swojej płci odczuwalnej. Przez lata żyłam jako mężczyzna i starałam się dopasować do tej roli na różne sposoby - niestety z marnym skutkiem. Ale żyłam przez ponad 20 lat jako on, miałam partnerkę, dość liczną grupę znajomych i ogólnie gdybyście się na mnie natknęli na ulicy, to waszą pierwszą myślą by było - miły chłopak.
Było dobrze, było źle jednak zawsze to jakoś było. Aż pewnego dnia miałam dość - dość udawania i uciekania od prawdziwej siebie. Zmęczenie ciągłym dopasowywaniem się do roli, której nawet za bardzo nie rozumiałam było tak duże, że nie widziałam żadnego wyjścia z tej sytuacji. Na szczęście w internecie poznałam ludzi podobnych sobie, zaczęłam chodzić na spotkania i powoli bardziej wgryzać się w problem, a co za tym idzie rozumieć lepiej siebie.
I w końcu przychodzi dzień kiedy trzeba wyjść z tej przysłowiowej szafy i o ile gej, czy lesbijka mogą próbować się chować przez całe życie to osoba transseksualna zaczynająca korektę płci nie da rady ukrywać wiecznie zmian zachodzących w jej ciele. Coming out jest w naszym wypadku czymś nieuniknionym i nagle zasady gry w życie ulegają drastycznej zmianie, a wcale nie jest łatwo się w tym wszystkim odnaleźć.
Bliscy zaczynają znikać z naszego życia nie potrafiąc zrozumieć naszej decyzji, najgorzej że właśnie wtedy potrzebujemy ich najbardziej. Od znajomych których znaliśmy przez wiele lat często słyszymy słowa, które wbijają się w serce jak igły w poduszkę krawiecką.
W pracy o ile się ją ma trzeba wytrzymywać docinki, bo trzeba mieć dużo szczęścia by ekipa współpracowników okazała się otwarta. A jeśli nie ma się pracy i szuka jej... trzeba być przygotowanym na wielki stos odrzuconych podań, na rozmowy kwalifikacyjne na których można spotkać się z pytaniami godzącymi w godność. Bo nagle okazuje się, że ważniejsze od doświadczenia jest to co się ma między nogami.
Prozaiczne codzienne czynności potrafią stać się problemami nie z tej ziemi. Ciągły strach, wyzwiska i brak zrozumienia które spotykają nas również z naszego własnego tęczowego środowiska. Zasady gry zmieniają się tak drastycznie, że wielu z nas nie jest sobie z tym poradzić. A szukając pomocy spotykamy tylko więcej tego samego, chociaż czasem udaje się trafić na kogoś wyjątkowego. Kogoś kto razem z nami bierze udział w tej grze i mając już doświadczenie w tym wszystkim powoli pokazuje jak sobie z tym wszystkim poradzić.
Nie jest łatwo być osobą transseksualną, to ciągła walka z rzeczywistością i nie raz nie dwa upada się szukając czegoś co da nam siły by wstać i walczyć dalej. Najgorzej, że tak mało wsparcia udzielamy sobie nawzajem, zawiść i liczne toksyczne zachowania to niestety norma. Ale na szczęście są osoby które zawsze chętnie wyciągają pomocną dłoń. Które swoją energią zarażają innych i pobudzają do działania, nie ma takich osób zbyt wiele jednak i nasze środowisko nie jest zbyt duże więc łatwo na nie trafić. I po zetknięciu z kimś takim życie staje się może nie łatwe, ale z pewnością łatwiejsze do przełknięcia.
Wpis dedykuje pamięci Uli. Byłaś właśnie taką osobą.
Było dobrze, było źle jednak zawsze to jakoś było. Aż pewnego dnia miałam dość - dość udawania i uciekania od prawdziwej siebie. Zmęczenie ciągłym dopasowywaniem się do roli, której nawet za bardzo nie rozumiałam było tak duże, że nie widziałam żadnego wyjścia z tej sytuacji. Na szczęście w internecie poznałam ludzi podobnych sobie, zaczęłam chodzić na spotkania i powoli bardziej wgryzać się w problem, a co za tym idzie rozumieć lepiej siebie.
I w końcu przychodzi dzień kiedy trzeba wyjść z tej przysłowiowej szafy i o ile gej, czy lesbijka mogą próbować się chować przez całe życie to osoba transseksualna zaczynająca korektę płci nie da rady ukrywać wiecznie zmian zachodzących w jej ciele. Coming out jest w naszym wypadku czymś nieuniknionym i nagle zasady gry w życie ulegają drastycznej zmianie, a wcale nie jest łatwo się w tym wszystkim odnaleźć.
Bliscy zaczynają znikać z naszego życia nie potrafiąc zrozumieć naszej decyzji, najgorzej że właśnie wtedy potrzebujemy ich najbardziej. Od znajomych których znaliśmy przez wiele lat często słyszymy słowa, które wbijają się w serce jak igły w poduszkę krawiecką.
W pracy o ile się ją ma trzeba wytrzymywać docinki, bo trzeba mieć dużo szczęścia by ekipa współpracowników okazała się otwarta. A jeśli nie ma się pracy i szuka jej... trzeba być przygotowanym na wielki stos odrzuconych podań, na rozmowy kwalifikacyjne na których można spotkać się z pytaniami godzącymi w godność. Bo nagle okazuje się, że ważniejsze od doświadczenia jest to co się ma między nogami.
Prozaiczne codzienne czynności potrafią stać się problemami nie z tej ziemi. Ciągły strach, wyzwiska i brak zrozumienia które spotykają nas również z naszego własnego tęczowego środowiska. Zasady gry zmieniają się tak drastycznie, że wielu z nas nie jest sobie z tym poradzić. A szukając pomocy spotykamy tylko więcej tego samego, chociaż czasem udaje się trafić na kogoś wyjątkowego. Kogoś kto razem z nami bierze udział w tej grze i mając już doświadczenie w tym wszystkim powoli pokazuje jak sobie z tym wszystkim poradzić.
Nie jest łatwo być osobą transseksualną, to ciągła walka z rzeczywistością i nie raz nie dwa upada się szukając czegoś co da nam siły by wstać i walczyć dalej. Najgorzej, że tak mało wsparcia udzielamy sobie nawzajem, zawiść i liczne toksyczne zachowania to niestety norma. Ale na szczęście są osoby które zawsze chętnie wyciągają pomocną dłoń. Które swoją energią zarażają innych i pobudzają do działania, nie ma takich osób zbyt wiele jednak i nasze środowisko nie jest zbyt duże więc łatwo na nie trafić. I po zetknięciu z kimś takim życie staje się może nie łatwe, ale z pewnością łatwiejsze do przełknięcia.
Wpis dedykuje pamięci Uli. Byłaś właśnie taką osobą.
poniedziałek, 22 lipca 2019
Pytania, których się nie zadaje
Nie będę się rozpisywała o wydarzeniach w czasie Marszu Równości w Białymstoku. To co napisałam na Fb wystarcza, a temat wyczerpują już osoby które brały udział w samym marszu. Dziś zajmę się tematem pytań które wydają się zwykłymi, a dla osoby transseksualnej są to pytania śmierci.
Doskonale sobie zdaje sprawę z tego jak wiele zainteresowania wzbudzam swoim problemem z tożsamością płciową. Odpowiadałam na wiele pytań związanych z moim życiem i leczeniem, jednak nie każde pytanie powinno się zadawać. Wiele z nich potrafi zranić, a jeszcze inne zwyczajnie wchodzą zbyt głęboko w życie.
Najczęściej pada pytanie o dead name, czyli imię sprzed rozpoczęcia leczenia. Nie jest to mile widziane i jeśli ktoś już podaje Ci swoje stare imię, to możesz czuć się wyróżniony. To objaw bardzo dużego zaufania, zwłaszcza że nie raz i nie dwa zdarzało mi się, że ktoś ze znajomych celowo lub przypadkiem je wypaplał. Nie po to poświęcamy swoje zdrowie psychiczne, pieniądze i kawał życia by żyć w cieniu płci którą skorygowaliśmy.
"A tak właściwie to jak uprawiasz sex", takim pytaniem zostałam kiedyś poczęstowana przez panią z okienka na poczcie. Był to zresztą moment w którym dotarło do mnie, że zmiany jakie wprowadzają hormony są już dość duże, bo musiałam tłumaczyć na poczcie, że osoba na zdjęciu w dowodzie osobistym to ja. Pytania o życie intymne nie są grzeczne, ogólnie włażenie komukolwiek do łóżka nie jest zbyt miło widziane przez kogokolwiek.
Zdjęcia sprzed leczenia, to tak samo jak dead name sprawa zaufania i jak już wspominałam nie po to korygujemy płeć by wracać do tego co było. Tak więc pytania o wygląd i prośby o zdjęcie sprzed leczenia można też spokojnie uznać za gafę w kontakcie z osobą transpłciową. Zresztą tak samo nie wypada pytać o zabiegi jakim się już poddaliśmy. Owszem jeśli kogoś wpuszczam głębiej w swój świat informuje tą osobę o tym że przechodzę leczenie.
Jednak taka informacja nie oznacza, że mam ochotę zagłębiać się w meandry wszystkich zabiegów jakie przeszłam. Owszem zdarza mi się czasem wejść głębiej w temat, ale to czy jestem po operacji i co mam między nogami to stanowczo tylko moja sprawa. No ewentualnie jeszcze mojej partnerki, ale jak mówiłam o życie intymne też się nie ma co pytać. Tak więc to ile i jakich operacji mamy za sobą to tylko nasza sprawa i też nie widzę powodu by o to pytać.
Oczywiście jak zawsze mówię o tym co irytuje, lub denerwuje mnie. Tak więc nie koniecznie innych może denerwować to samo. Tak więc jeśli zadacie już jakieś pytanie i w odpowiedzi usłyszycie "odpuść", to odpuście. Nie ma sensu psuć relacji ze znajomymi tylko z chęci zaspokojenia ciekawości.
Doskonale sobie zdaje sprawę z tego jak wiele zainteresowania wzbudzam swoim problemem z tożsamością płciową. Odpowiadałam na wiele pytań związanych z moim życiem i leczeniem, jednak nie każde pytanie powinno się zadawać. Wiele z nich potrafi zranić, a jeszcze inne zwyczajnie wchodzą zbyt głęboko w życie.
Najczęściej pada pytanie o dead name, czyli imię sprzed rozpoczęcia leczenia. Nie jest to mile widziane i jeśli ktoś już podaje Ci swoje stare imię, to możesz czuć się wyróżniony. To objaw bardzo dużego zaufania, zwłaszcza że nie raz i nie dwa zdarzało mi się, że ktoś ze znajomych celowo lub przypadkiem je wypaplał. Nie po to poświęcamy swoje zdrowie psychiczne, pieniądze i kawał życia by żyć w cieniu płci którą skorygowaliśmy.
"A tak właściwie to jak uprawiasz sex", takim pytaniem zostałam kiedyś poczęstowana przez panią z okienka na poczcie. Był to zresztą moment w którym dotarło do mnie, że zmiany jakie wprowadzają hormony są już dość duże, bo musiałam tłumaczyć na poczcie, że osoba na zdjęciu w dowodzie osobistym to ja. Pytania o życie intymne nie są grzeczne, ogólnie włażenie komukolwiek do łóżka nie jest zbyt miło widziane przez kogokolwiek.
Zdjęcia sprzed leczenia, to tak samo jak dead name sprawa zaufania i jak już wspominałam nie po to korygujemy płeć by wracać do tego co było. Tak więc pytania o wygląd i prośby o zdjęcie sprzed leczenia można też spokojnie uznać za gafę w kontakcie z osobą transpłciową. Zresztą tak samo nie wypada pytać o zabiegi jakim się już poddaliśmy. Owszem jeśli kogoś wpuszczam głębiej w swój świat informuje tą osobę o tym że przechodzę leczenie.
Jednak taka informacja nie oznacza, że mam ochotę zagłębiać się w meandry wszystkich zabiegów jakie przeszłam. Owszem zdarza mi się czasem wejść głębiej w temat, ale to czy jestem po operacji i co mam między nogami to stanowczo tylko moja sprawa. No ewentualnie jeszcze mojej partnerki, ale jak mówiłam o życie intymne też się nie ma co pytać. Tak więc to ile i jakich operacji mamy za sobą to tylko nasza sprawa i też nie widzę powodu by o to pytać.
Oczywiście jak zawsze mówię o tym co irytuje, lub denerwuje mnie. Tak więc nie koniecznie innych może denerwować to samo. Tak więc jeśli zadacie już jakieś pytanie i w odpowiedzi usłyszycie "odpuść", to odpuście. Nie ma sensu psuć relacji ze znajomymi tylko z chęci zaspokojenia ciekawości.
czwartek, 11 lipca 2019
A czy?
Czy osoby transseksualne wchodzą w związki ze sobą. Takim pytaniem i tematem na nowy wpis zostałam uraczone przez moją partnerkę. Przy okazji przypomniało mi się, że w przeszłości już to pytanie zadawano mi kilka razy, więc rzucę się w wir wspomnień i swoich doświadczeń by coś niecoś o tym powiedzieć z mojego punktu widzenia.
Czy istnieją takie związki? Oczywiście, że tak. Sama w takowym byłam i choć nie trwał zbyt długo, to jest on faktem który zapadł w mojej pamięci. Inna sprawa jak często są to związki szczęśliwe... Bo w sumie nie znam zbyt wielu par transseksualnych których uczucie przetrwało naprawdę długo. A co do tych które znam, kontakt się poluzował i nie jestem pewna czy dalej uczucie kwitnie.
Jest trochę plusów przemawiających na rzecz takich związków, jak chociażby zrozumienie problemu z jakim obie darzące się uczuciem osoby muszą walczyć. Przyznaje się bez bicia, że gdy opowiadam o czymś co jest dla mnie przykre w codzienności i spotykam u ukochanej osoby niezrozumienie... to czuje się jakbym dostała surowym zepsutym tuńczykiem w twarz. Oczywiście jak już wiele razy wspominałam ile ludzi tyle historii, ale przy innej osobie transseksualnej mogę liczyć na zrozumienie nawet jeśli ona/on tego tak źle nie odbiera.
Niestety te problemy to... problem. Niby jest zrozumienie, ale nagle okazuje się że te problemy się nawarstwiają i w tym samym momencie obie strony potrzebują podobnego wsparcia i obie strony nie są w stanie sobie tego zapewnić. Z drugiej strony odpada problem ze znajomymi. Ile razy spotykałam się ze strachem partnera/ki na reakcje ich znajomych i bliskich. Dla niektórych osób które wybrały życie w ukryciu może to nie jest problem, ale dla mnie jest. Nie potrafię się ukrywać. Jestem kim jestem i jestem dumna z tego, że udało mi się pokonać wszystkie przeszkody na mojej drodze. A już ukrywanie uczuć jakimi darzę moją drugą połówkę... to dla mnie niezgodne z naturą.
Zrozumienie dysforii, o ile dziś to nie jest dla mnie wielki problem... to doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu osób to ważne. Nagość stanowi dla nas problem i to nie mały, zresztą nagość jak nagość - kostiumu kąpielowego to ja do operacji nie założę. Ale jako, że mowa o związkach to sprawy łóżkowe potrafią być bardzo skomplikowane. W teorii sprawa powinna przestać być trudna przy drugiej osobie ts jednak... jednak zdarzyć się może, że któraś ze stron zechce by jego połówka weszła w role płci z którą się nie utożsamia.
Związki osób transseksualnych istnieją i nie są niczym niezwykłym, ja osobiście nie podchodzę zbyt optymistycznie do takich relacji. Jednak nie oznacza to, że wszystkie takie związki są skazane na porażkę. Wszystko zależy od ludzi dokładnie tak samo jak w każdym innym związku. Więc zakończę ten wpis cytatem z piosenki zespołu Kult: Łączmy się w pary kochajmy się.
Czy istnieją takie związki? Oczywiście, że tak. Sama w takowym byłam i choć nie trwał zbyt długo, to jest on faktem który zapadł w mojej pamięci. Inna sprawa jak często są to związki szczęśliwe... Bo w sumie nie znam zbyt wielu par transseksualnych których uczucie przetrwało naprawdę długo. A co do tych które znam, kontakt się poluzował i nie jestem pewna czy dalej uczucie kwitnie.
Jest trochę plusów przemawiających na rzecz takich związków, jak chociażby zrozumienie problemu z jakim obie darzące się uczuciem osoby muszą walczyć. Przyznaje się bez bicia, że gdy opowiadam o czymś co jest dla mnie przykre w codzienności i spotykam u ukochanej osoby niezrozumienie... to czuje się jakbym dostała surowym zepsutym tuńczykiem w twarz. Oczywiście jak już wiele razy wspominałam ile ludzi tyle historii, ale przy innej osobie transseksualnej mogę liczyć na zrozumienie nawet jeśli ona/on tego tak źle nie odbiera.
Niestety te problemy to... problem. Niby jest zrozumienie, ale nagle okazuje się że te problemy się nawarstwiają i w tym samym momencie obie strony potrzebują podobnego wsparcia i obie strony nie są w stanie sobie tego zapewnić. Z drugiej strony odpada problem ze znajomymi. Ile razy spotykałam się ze strachem partnera/ki na reakcje ich znajomych i bliskich. Dla niektórych osób które wybrały życie w ukryciu może to nie jest problem, ale dla mnie jest. Nie potrafię się ukrywać. Jestem kim jestem i jestem dumna z tego, że udało mi się pokonać wszystkie przeszkody na mojej drodze. A już ukrywanie uczuć jakimi darzę moją drugą połówkę... to dla mnie niezgodne z naturą.
Zrozumienie dysforii, o ile dziś to nie jest dla mnie wielki problem... to doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu osób to ważne. Nagość stanowi dla nas problem i to nie mały, zresztą nagość jak nagość - kostiumu kąpielowego to ja do operacji nie założę. Ale jako, że mowa o związkach to sprawy łóżkowe potrafią być bardzo skomplikowane. W teorii sprawa powinna przestać być trudna przy drugiej osobie ts jednak... jednak zdarzyć się może, że któraś ze stron zechce by jego połówka weszła w role płci z którą się nie utożsamia.
Związki osób transseksualnych istnieją i nie są niczym niezwykłym, ja osobiście nie podchodzę zbyt optymistycznie do takich relacji. Jednak nie oznacza to, że wszystkie takie związki są skazane na porażkę. Wszystko zależy od ludzi dokładnie tak samo jak w każdym innym związku. Więc zakończę ten wpis cytatem z piosenki zespołu Kult: Łączmy się w pary kochajmy się.
poniedziałek, 8 lipca 2019
Ciałopozytywność, a transseksualizm
Kilka dni temu "Okiem Panny Lumy" miało swoje pierwsze urodziny. Nie spodziewałam się, że będę was męczyć swoimi tekstami aż cały rok. Cieszę się, że jesteście ze mną tak długi czas i mam nadzieję, że będziecie towarzyszyć dalej.
Z okazji tego wspólnego roku postanowiłam wrócić do tematu bodypositive, jeśli ktoś nie wie o czym mowa to zapraszam do lektury jednego z pierwszych postów. I zacznę może od przypomnienia, że ruch ten to nie "promowanie otyłości", tylko zachęcanie by patrzeć na każde ciało z otwartym umysłem i bez wpędzania kogokolwiek w poczucie bycia gorszym z powodu jego wyglądu.
A jak się do tego ma transseksualizm? Odpowiem na swoim przykładzie, zresztą jak zawsze. Spojrzenie na siebie przychylnym okiem zajęło mi ładnych kilka lat i wymagało to pomocy kilku bliskich mi osób. Dziś jestem wysoką kobietą z lekką nadwagą i czuje się ze sobą świetnie, jeszcze kilka lat temu nawet, gdy brałam hormony często spotykałam się z docinkami na temat mojej niedowagi. Możecie mi wierzyć na słowo - wyglądałam jak śmierć, tylko mi kosę do ręki dać.
Tak czy siak o ile waga jest zazwyczaj pierwszą myślą jaka przychodzi po usłyszeniu terminu bodypositive, to ja bym chciała zająć się czymś trudniejszym. Dysforia. Ten mały demonik siedzący każdej osobie transpłciowej na ramieniu i przeszkadzający w życiu. Nie da się całkiem wygrać z dysforią - no może po operacji, ale tej jeszcze nie mam za sobą. Jednak można pokochać siebie.
Przez lata nie mogłam patrzeć na swoją sylwetkę, budowę twarzy, czy chociażby zarost który doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Hormony nieco pomogły, jednak tam gdzie wszyscy widzieli zachwyt nad moimi zmianami fizycznymi ja widziałam tylko... meh. Aż pewnego pięknego dnia przeglądając czeluście internetu wdałam się w dyskusje na temat wyglądu jednej zaczynającej leczenie dziewczyny i... widziałam jej potencjał. To jak może się zmienić.
I tak też doszłam do prostej konkluzji która bardzo mi ułatwiła życie, przestałam szukać zmian które zachodziły powoli i dla mnie były nie widoczne. Zaczęłam patrzeć na siebie z przyszłości, jaka będę i to bardzo mi pomogło. Owszem nie jestem po operacji, ale już widzę że będę miała ładny wzgórek i się z tego cieszę. Bo prawda jest taka, że bez tego kim byliśmy przed korektą, nie możemy być sobą dziś. I owszem kiedyś wstydziłam się i nie akceptowałam siebie tak bardzo, że spokojnie można było to uczucie nazwać nienawiścią. Jednak dziś...
Dziś mogła bym przytulić tego chłopaka którym byłam i podziękować za to jaki był. Bo właśnie dzięki temu ja jestem jaka jestem. Tylko dzięki fizycznym predyspozycją zmiany w moim ciele są takie i robią efekt wow. Owszem wolałabym się urodzić bez potrzeby wprowadzania tych zmian i myślę, że każda osoba transpłciowa przyznała by mi rację. Jednak warto popatrzeć na siebie przychylnie i pokochać się takim jakim się jest.
Na koniec przypomnę tylko, że na Fb stworzyłam stronę bloga. Możecie się przez nią ze mną kontaktować, zadawać pytania, dyskutować z innymi czytającymi mnie ludźmi i ogólnie pomagać w dalszym pisaniu. Zapraszam was na: Panna Luma
Z okazji tego wspólnego roku postanowiłam wrócić do tematu bodypositive, jeśli ktoś nie wie o czym mowa to zapraszam do lektury jednego z pierwszych postów. I zacznę może od przypomnienia, że ruch ten to nie "promowanie otyłości", tylko zachęcanie by patrzeć na każde ciało z otwartym umysłem i bez wpędzania kogokolwiek w poczucie bycia gorszym z powodu jego wyglądu.
A jak się do tego ma transseksualizm? Odpowiem na swoim przykładzie, zresztą jak zawsze. Spojrzenie na siebie przychylnym okiem zajęło mi ładnych kilka lat i wymagało to pomocy kilku bliskich mi osób. Dziś jestem wysoką kobietą z lekką nadwagą i czuje się ze sobą świetnie, jeszcze kilka lat temu nawet, gdy brałam hormony często spotykałam się z docinkami na temat mojej niedowagi. Możecie mi wierzyć na słowo - wyglądałam jak śmierć, tylko mi kosę do ręki dać.
Tak czy siak o ile waga jest zazwyczaj pierwszą myślą jaka przychodzi po usłyszeniu terminu bodypositive, to ja bym chciała zająć się czymś trudniejszym. Dysforia. Ten mały demonik siedzący każdej osobie transpłciowej na ramieniu i przeszkadzający w życiu. Nie da się całkiem wygrać z dysforią - no może po operacji, ale tej jeszcze nie mam za sobą. Jednak można pokochać siebie.
Przez lata nie mogłam patrzeć na swoją sylwetkę, budowę twarzy, czy chociażby zarost który doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Hormony nieco pomogły, jednak tam gdzie wszyscy widzieli zachwyt nad moimi zmianami fizycznymi ja widziałam tylko... meh. Aż pewnego pięknego dnia przeglądając czeluście internetu wdałam się w dyskusje na temat wyglądu jednej zaczynającej leczenie dziewczyny i... widziałam jej potencjał. To jak może się zmienić.
I tak też doszłam do prostej konkluzji która bardzo mi ułatwiła życie, przestałam szukać zmian które zachodziły powoli i dla mnie były nie widoczne. Zaczęłam patrzeć na siebie z przyszłości, jaka będę i to bardzo mi pomogło. Owszem nie jestem po operacji, ale już widzę że będę miała ładny wzgórek i się z tego cieszę. Bo prawda jest taka, że bez tego kim byliśmy przed korektą, nie możemy być sobą dziś. I owszem kiedyś wstydziłam się i nie akceptowałam siebie tak bardzo, że spokojnie można było to uczucie nazwać nienawiścią. Jednak dziś...
Dziś mogła bym przytulić tego chłopaka którym byłam i podziękować za to jaki był. Bo właśnie dzięki temu ja jestem jaka jestem. Tylko dzięki fizycznym predyspozycją zmiany w moim ciele są takie i robią efekt wow. Owszem wolałabym się urodzić bez potrzeby wprowadzania tych zmian i myślę, że każda osoba transpłciowa przyznała by mi rację. Jednak warto popatrzeć na siebie przychylnie i pokochać się takim jakim się jest.
Na koniec przypomnę tylko, że na Fb stworzyłam stronę bloga. Możecie się przez nią ze mną kontaktować, zadawać pytania, dyskutować z innymi czytającymi mnie ludźmi i ogólnie pomagać w dalszym pisaniu. Zapraszam was na: Panna Luma
czwartek, 27 czerwca 2019
Wsparcie
I po raz kolejny rozpiszę się o czymś w teorii oczywistym, a w praktyce dla wielu mało zrozumiałym. Wspieranie się w związku to jedna z fundamentalnych spraw.
W wypadku osób transpłciowych tego wsparcia często potrzeba więcej z czego mało kto zdaje sobie tak w pełni sprawę. Hormony, czy też problemu z którymi musimy borykać w codzienności często nas przerastają. Szukamy wtedy podpory w bliskich i niestety często o nią trudno.
Depresja w tej małej społeczności nie jest niczym niezwykłym. Zresztą sama mam z nią mniejszy, czasem większy problem. I właściwie nie ma się czemu dziwić, jak wspominałam jakiś czas temu nawet w tęczy społeczność transpłciowa nie jest zbyt przychylnie widziana.
Wsparcie jest dla nas tym czym woda dla ryb. Ciężko jest przetrwać nie czując, że możemy na kogoś liczyć. I nie koniecznie liczyć na zrozumienie, ale po prostu wysłuchanie i zwykłe "jestem z tobą przetrwamy to". Bo zrozumieć z czym się borykamy nie jest łatwo i wymaganie tego od osoby która nie boryka się z naszym promblem... nie jest zbyt mądre.
Tak więc jeśli się przyjaźnisz z osobą transpłciową, albo jesteś z nią w związku nie bagatelizuj. Jesteś dla takiej osoby kimś na kim polega i gdy zaczyna mówić o swoich problemach, które mogą wydawać się śmieszne to słuchaj i wspieraj. A ataki depresji chociaż dla wielu to coś co nie istnieje dzięki poświęconej uwadze i kilku ciepłym słową mogą być łatwiejsze do przetrwania.
Na koniec tego wpisu pragnę wszystkich zaprosić do polubienia i obserwowania strony na FB poświęconej blogowi.
https://www.facebook.com/Panna-Luma-489727118237813/
W wypadku osób transpłciowych tego wsparcia często potrzeba więcej z czego mało kto zdaje sobie tak w pełni sprawę. Hormony, czy też problemu z którymi musimy borykać w codzienności często nas przerastają. Szukamy wtedy podpory w bliskich i niestety często o nią trudno.
Depresja w tej małej społeczności nie jest niczym niezwykłym. Zresztą sama mam z nią mniejszy, czasem większy problem. I właściwie nie ma się czemu dziwić, jak wspominałam jakiś czas temu nawet w tęczy społeczność transpłciowa nie jest zbyt przychylnie widziana.
Wsparcie jest dla nas tym czym woda dla ryb. Ciężko jest przetrwać nie czując, że możemy na kogoś liczyć. I nie koniecznie liczyć na zrozumienie, ale po prostu wysłuchanie i zwykłe "jestem z tobą przetrwamy to". Bo zrozumieć z czym się borykamy nie jest łatwo i wymaganie tego od osoby która nie boryka się z naszym promblem... nie jest zbyt mądre.
Tak więc jeśli się przyjaźnisz z osobą transpłciową, albo jesteś z nią w związku nie bagatelizuj. Jesteś dla takiej osoby kimś na kim polega i gdy zaczyna mówić o swoich problemach, które mogą wydawać się śmieszne to słuchaj i wspieraj. A ataki depresji chociaż dla wielu to coś co nie istnieje dzięki poświęconej uwadze i kilku ciepłym słową mogą być łatwiejsze do przetrwania.
Na koniec tego wpisu pragnę wszystkich zaprosić do polubienia i obserwowania strony na FB poświęconej blogowi.
https://www.facebook.com/Panna-Luma-489727118237813/
poniedziałek, 3 czerwca 2019
Miesiąc Dumy
Nadszedł czerwiec miesiąc ciepła, a dla uczniów ostatnich dni w szkole. Natomiast dla tęczowej społeczności jest to tzw. miesiąc dumy. W USA z kraju w którym powstała ta tradycja to okres licznych parad równości, oraz (użyje teraz specjalnie tego słowa) dumnego OBNOSZENIA się ze swoją orientacją seksualną, czy tożsamością płciową.
Czerwiec nie jest miesiącem wybranym kompletnie z czapy, to dla Amerykańskiego środowiska LGBT ważny symbol. W czerwcu 1969 roku w gejowskim pubie o nazwie Stonewall w Nowym Jorku wybuchły zamieszki które obudziły społeczność nie tylko w USA i rozpoczęły długą walkę o równość. I właśnie z tego powodu czerwiec jest w tym kraju czasem wzmożonym dla wszelkich tęczowych festiwali i parad. Zresztą nawet w Polsce, Warszawska Parada Równości odbywa się właśnie w czerwcu.
Niestety sam Miesiąc Dumy jako taki nie jest jakimś ważnym wydarzeniem dla Polaków. Oczywiście są liczne imprezy, oraz można wśród fundacji zobaczyć w tym czasie wzmożone działania. Jednak wśród szarych przedstawicieli naszej społeczności jest z tym różnie. Nie jest to miesiąc zwiększonej ilości wyjść z szafy, czy miesiąc w którym jakoś odważniej mówimy o swoich problemach. Właściwie mam wrażenie, że poza Warszawską paradą równości to u nas cała ta tęczowa tradycja istnieje głównie na papierze.
I mówiąc o papierze mam na myśli artykuły w różnych LGBT frendly gazetach, czy portalach oraz tych stricte prowadzonych przez nas dla nas. Wynika to najprawdopodobniej z naszej mentalności: co ludzie powiedzą. Znam strach wypływający z tych słów, ponieważ dawno temu ta trucizna zatruwała i mnie. Dziś kiedy jestem po swoim wyjściu z szafy (żeby było śmieszniej dokonałam go właśnie w czerwcu), wiem że ukrycie choć może i bezpieczne to nie prowadzi do żadnych realnych zmian.
Czerwiec to wspaniały ciepły miesiąc idealny by wyjść z dumą ze swoją dziewczyną, czy chłopakiem na spacer. Spacer, albo pierwszy raz na paradę i pójść wraz z całą rzeszą ludźmi po równość. Bo o ile nie koniecznie codziennie można mieć odwagę by wyjść za rękę z domu, to właśnie jest świetna okazja do tego bo tłum jest bezpieczniejszy. Fundacje oczywiście coś tam robią na naszą rzecz chociaż tak naprawdę nasze prawa jeszcze długi czas będą tylko politycznymi narzędziami. Więc warto z dumą wyjść i pokazać, że nie jest nas mało i nasz głos się liczy.
Czerwiec nie jest miesiącem wybranym kompletnie z czapy, to dla Amerykańskiego środowiska LGBT ważny symbol. W czerwcu 1969 roku w gejowskim pubie o nazwie Stonewall w Nowym Jorku wybuchły zamieszki które obudziły społeczność nie tylko w USA i rozpoczęły długą walkę o równość. I właśnie z tego powodu czerwiec jest w tym kraju czasem wzmożonym dla wszelkich tęczowych festiwali i parad. Zresztą nawet w Polsce, Warszawska Parada Równości odbywa się właśnie w czerwcu.
Niestety sam Miesiąc Dumy jako taki nie jest jakimś ważnym wydarzeniem dla Polaków. Oczywiście są liczne imprezy, oraz można wśród fundacji zobaczyć w tym czasie wzmożone działania. Jednak wśród szarych przedstawicieli naszej społeczności jest z tym różnie. Nie jest to miesiąc zwiększonej ilości wyjść z szafy, czy miesiąc w którym jakoś odważniej mówimy o swoich problemach. Właściwie mam wrażenie, że poza Warszawską paradą równości to u nas cała ta tęczowa tradycja istnieje głównie na papierze.
I mówiąc o papierze mam na myśli artykuły w różnych LGBT frendly gazetach, czy portalach oraz tych stricte prowadzonych przez nas dla nas. Wynika to najprawdopodobniej z naszej mentalności: co ludzie powiedzą. Znam strach wypływający z tych słów, ponieważ dawno temu ta trucizna zatruwała i mnie. Dziś kiedy jestem po swoim wyjściu z szafy (żeby było śmieszniej dokonałam go właśnie w czerwcu), wiem że ukrycie choć może i bezpieczne to nie prowadzi do żadnych realnych zmian.
Czerwiec to wspaniały ciepły miesiąc idealny by wyjść z dumą ze swoją dziewczyną, czy chłopakiem na spacer. Spacer, albo pierwszy raz na paradę i pójść wraz z całą rzeszą ludźmi po równość. Bo o ile nie koniecznie codziennie można mieć odwagę by wyjść za rękę z domu, to właśnie jest świetna okazja do tego bo tłum jest bezpieczniejszy. Fundacje oczywiście coś tam robią na naszą rzecz chociaż tak naprawdę nasze prawa jeszcze długi czas będą tylko politycznymi narzędziami. Więc warto z dumą wyjść i pokazać, że nie jest nas mało i nasz głos się liczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




