Nie raz i nie dwa zadawano mi pytanie: jak to jest urodzić się w nie swojej płci. I szczerze powiedziawszy jakbym nie odpowiedziała, to pytający i tak nie jest zadowolony. Rozbieżność między płcią fizyczną, a odczuwalną nie jest łatwa do opisania i nawet uciekając do wymyślnych metafor nie odda się w pełni problemu.
Zazwyczaj odpowiadam, że to trochę jak urodzić się w więzieniu i żeby z niego wyjść trzeba je przebudować. Ale oddaje to tak naprawdę tylko problemy związane z dysforią, a to jest kropla w czarze goryczy która musimy wypić. Bo przecież jest jeszcze mnóstwo innych płaszczyzn na których musimy się borykać z codziennością.
Zacznijmy od wyjścia z szafy i reakcji otoczenia, coming out może za sobą pociągnąć mnóstwo negatywnych skutków (oczywiście pozytywnych też). Jednak odrzucenie przez rodzinę, czy przyjaciół potrafi poważnie odcisnąć się na psychice. Zdarza się utrata posady, albo głupie żarciki w miejscu pracy. Dorosły przez długi czas może sobie z tym dawać radę, chociaż im dalej w las tym trudniej. Jednak młodzi są narażeni na szykany ze strony rówieśników, a młodzież potrafi być wyjątkowo okrutna i stąd już tylko jeden krok do tragedii.
Właściwie mogła bym tutaj odnieść się do mojego wpisu o małych - wielkich zwycięstwach, bo to co wydaje się dla cisnormatywnych proste, dla osób transpłciowych może przybrać formę zdobycia K2 w środku zimy. Osobiście najbardziej nie znoszę wizyt u lekarza, rozbierania się... Zresztą o rozbieraniu się też wspominałam przy kilku różnych okazjach.
Tak więc jeśli miała bym odpowiedzieć jak to jest w kilku prostych słowach, to zwyczajnie w świecie nie potrafię. To jest ciągłe zmaganie się z różnymi problemami, które dla większości ludzi nigdy nie będą zrozumiałe. Żeby zrozumieć transseksualizm trzeba być osobą transseksualną, bo żadne słowa nie oddadzą w pełni z czym się zmagamy. I wiele razy zdarzało mi się pocieszać znajomą transseksualną osobę, przy znajomych cispłciowych którym kompletnie nie mieściło się w głowie, że można robić wielkie halo z jakiejś błahej sprawy, która dla nich nie jest niczym niezwykłym.
piątek, 12 kwietnia 2019
wtorek, 2 kwietnia 2019
31 marca
Trochę spóźniłam się z tym wpisem, ale kilka ostatnich dni było dla mnie bardzo wyczerpujące i nie miałam siły by usiąść i napisać o tak ważnym dniu w kalendarzu osób transpłciowych. 31 marca to Dzień Widzialności Osób Transpłciowych, można powiedzieć że w pewnym sensie idealny dzień na coming out, ale nie o nim mam zamiar się rozpisywać.
Mimo wszystkich zmian jakie zachodzą w naszym kraju od wielu lat, to osoby transpłciowe cały czas najchętniej chowają się w przestrzeni publicznej. Natomiast te które wyszły przed szereg i zaczęły głośno mówić o sobie i swoich problemach... No cóż na każdy jeden pozytywny wizerunek trafi się chociaż jeden negatywny.
I nie chodzi mi tutaj o telewizje, bo w niej można znaleźć mnóstwo pozytywnych przykładów ludzi którzy po prostu chcą żyć. Pije przede wszystkim do internetu, gdzie publikować można wszystko i bardzo łatwo natrafić na przeróżne osoby. Które ani swoją wiedzą, ani sposobem bycia nie budują zbyt pozytywnego wizerunku dla całej społeczności. Oczywiście podobno nie ważne jak mówią, ważne że mówią... jednak ta zasada nie sprawdza się we wszystkich sytuacjach.
Jakby nie patrzeć nie musimy pomagać ludziom którzy z radością patrzą na wszelkie potknięcia nie tylko środowiska transpłciowego, ale i całej tęczy. A z własnego doświadczenia wiem, że jedna historia może zmienić podejście wielu ludzi do naszej małej społeczności. Tak więc młodzi, wy którzy żyjecie w internecie i telewizja nie jest dla was podstawowym źródłem informacji... zakładajcie blogi! Kręćcie niesamowite vlogi i pokazujcie, że wcale nie różnimy się od cisnormy. Że żyjemy takim samym, a nawet często dużo trudniejszym życiem i wcale nie stanowimy jakiejś abominacji społecznej. Wasze historie mogą zmienić świat.
Mimo wszystkich zmian jakie zachodzą w naszym kraju od wielu lat, to osoby transpłciowe cały czas najchętniej chowają się w przestrzeni publicznej. Natomiast te które wyszły przed szereg i zaczęły głośno mówić o sobie i swoich problemach... No cóż na każdy jeden pozytywny wizerunek trafi się chociaż jeden negatywny.
I nie chodzi mi tutaj o telewizje, bo w niej można znaleźć mnóstwo pozytywnych przykładów ludzi którzy po prostu chcą żyć. Pije przede wszystkim do internetu, gdzie publikować można wszystko i bardzo łatwo natrafić na przeróżne osoby. Które ani swoją wiedzą, ani sposobem bycia nie budują zbyt pozytywnego wizerunku dla całej społeczności. Oczywiście podobno nie ważne jak mówią, ważne że mówią... jednak ta zasada nie sprawdza się we wszystkich sytuacjach.
Jakby nie patrzeć nie musimy pomagać ludziom którzy z radością patrzą na wszelkie potknięcia nie tylko środowiska transpłciowego, ale i całej tęczy. A z własnego doświadczenia wiem, że jedna historia może zmienić podejście wielu ludzi do naszej małej społeczności. Tak więc młodzi, wy którzy żyjecie w internecie i telewizja nie jest dla was podstawowym źródłem informacji... zakładajcie blogi! Kręćcie niesamowite vlogi i pokazujcie, że wcale nie różnimy się od cisnormy. Że żyjemy takim samym, a nawet często dużo trudniejszym życiem i wcale nie stanowimy jakiejś abominacji społecznej. Wasze historie mogą zmienić świat.
poniedziałek, 25 marca 2019
Strach
Strach to uczucie które nikomu nie jest obce, jakby nie patrzeć każdy się czegoś boi. I właśnie o tym chce dziś się nieco rozpisać. Życie osób transseksualnych jest pełne różnych leków, mniej lub bardziej irracjonalnych jednak zawsze bardzo utrudniających życie. Oczywiście wszystko będzie oparte na moich własnych przeżyciach, a ile ludzi tyle lęków.
Nie będę tu wchodziła zbyt głęboko w temat dysforii płciowej, która też jest pewnego rodzaju lękiem. Jednak wiele z tego o czym napisze jest w pewnym rodzaju składnikami mieszanki którą właśnie mogę nazwać dysforią. Pewnie są tu jakieś punkty wspólne dla wielu innych osób transseksualnych.
Do dziś napawa mnie panicznym lękiem, że ktoś zauważy iż nie pozbyłam się zarostu. Aktualnie jest z tym dużo lepiej, głównie dzięki zabiegom epilacji. Ale kiedyś... oj jeszcze parę lat temu nie wychodziłam z domu bez pełnego makijażu maskującego tą drobną niedoskonałość. Zresztą nawet dotykać się po twarzy pozwalam bardzo wąskiej grupie ludzi, co jest zasługą jednej negatywnej reakcji.
No właśnie reakcje.. Coming out nie jest łatwy i za każdym razem mimo licznych doświadczeń boję się negatywnych reakcji. Owszem zazwyczaj mnie śmieszą, bo szczerze mówiąc nie ma lepszego sposobu na spławienie jakiegoś nachalnego typa mówiąc mu, że jestem transseksualna (prawie zawsze się sprawdza). Jednak kiedy na kimś mi zależy i chcę wpuścić tą osobę głębiej w swój świat panicznie boje się odtrącenia. No dobra przesadziłam z tą paniką.
Bo panicznym lękiem napawa mnie wchodzenie w związek. Mimo wszystko jak wiele osób transseksualnych cierpię na przypadłość łatwego angażowania się. Niestety. To właściwie kumulacja wszystkiego co napawa mnie lękami związanymi z moją płcią. Intymności nawet nie można nazwać problemem, to jedna wielka batalia przeciwko strachowi. A już nie wspominam o drobiazgach... wiele osób chcących wejść w związek z osobą transseksualną, a zwłaszcza taką w trakcie leczenia nie wie na co się porywa. A jest i druga strona medalu, czyli osoby które po prostu szukają przygodnego seksu i mają już wiedzę o tym jak łatwo zdobyć nasze zaangażowanie.
Okazywanie dowodu osobistego, korzystanie z publicznej toalety... Lęków jakie nam towarzyszą jest bez liku. A jednym z największych jakie znam, to czy przez sąd przejdziemy pozytywnie i zakończymy koszmar sądownego uzgodnienia płci. Na dobrą sprawę to nawet nie wierzchołek góry lodowej, ale starałam się przedstawić za przykład tylko swoje bolączki. Na szczęście dzięki wsparciu bliskich można sobie z tym radzić.
Nie będę tu wchodziła zbyt głęboko w temat dysforii płciowej, która też jest pewnego rodzaju lękiem. Jednak wiele z tego o czym napisze jest w pewnym rodzaju składnikami mieszanki którą właśnie mogę nazwać dysforią. Pewnie są tu jakieś punkty wspólne dla wielu innych osób transseksualnych.
Do dziś napawa mnie panicznym lękiem, że ktoś zauważy iż nie pozbyłam się zarostu. Aktualnie jest z tym dużo lepiej, głównie dzięki zabiegom epilacji. Ale kiedyś... oj jeszcze parę lat temu nie wychodziłam z domu bez pełnego makijażu maskującego tą drobną niedoskonałość. Zresztą nawet dotykać się po twarzy pozwalam bardzo wąskiej grupie ludzi, co jest zasługą jednej negatywnej reakcji.
No właśnie reakcje.. Coming out nie jest łatwy i za każdym razem mimo licznych doświadczeń boję się negatywnych reakcji. Owszem zazwyczaj mnie śmieszą, bo szczerze mówiąc nie ma lepszego sposobu na spławienie jakiegoś nachalnego typa mówiąc mu, że jestem transseksualna (prawie zawsze się sprawdza). Jednak kiedy na kimś mi zależy i chcę wpuścić tą osobę głębiej w swój świat panicznie boje się odtrącenia. No dobra przesadziłam z tą paniką.
Bo panicznym lękiem napawa mnie wchodzenie w związek. Mimo wszystko jak wiele osób transseksualnych cierpię na przypadłość łatwego angażowania się. Niestety. To właściwie kumulacja wszystkiego co napawa mnie lękami związanymi z moją płcią. Intymności nawet nie można nazwać problemem, to jedna wielka batalia przeciwko strachowi. A już nie wspominam o drobiazgach... wiele osób chcących wejść w związek z osobą transseksualną, a zwłaszcza taką w trakcie leczenia nie wie na co się porywa. A jest i druga strona medalu, czyli osoby które po prostu szukają przygodnego seksu i mają już wiedzę o tym jak łatwo zdobyć nasze zaangażowanie.
Okazywanie dowodu osobistego, korzystanie z publicznej toalety... Lęków jakie nam towarzyszą jest bez liku. A jednym z największych jakie znam, to czy przez sąd przejdziemy pozytywnie i zakończymy koszmar sądownego uzgodnienia płci. Na dobrą sprawę to nawet nie wierzchołek góry lodowej, ale starałam się przedstawić za przykład tylko swoje bolączki. Na szczęście dzięki wsparciu bliskich można sobie z tym radzić.
czwartek, 7 marca 2019
Dzień Kobiet
8 marca to jeden z tych dni w roku który budzi we mnie skrajne uczucia... Z jednej strony wychodzę z założenia, że to nie powinien być dzień a cały rok - trochę jak z Walentynkami, ale te jak wiecie lubię mimo całej swojej komercyjnej otoczki. Zresztą ta sama otoczka dotyczy też Dnia Kobiet. Z drugiej strony jednak...
Z drugiej strony przez lata marzyłam by móc świętować z kobietami całego świata. I w sumie co się dziwić? Przez większość życia byłam dostawcą tych stereotypowych tulipanów, a nie odbiorczynią. Oczywiście mój pierwszy Dzień Kobiet był dla mnie wyjątkowy i spędziłam go z bliskimi mi kobietami w tamtym okresie czasu.
Ale czas płynie świat się zmienił, ja nieco wydoroślałam (nieco) i moje spojrzenie na ten dzień również się zmieniło. Na gorsze, czy lepsze? To już pewnie zależy od oceniających, fakt faktem zmiany te nastąpiły głównie dzięki innym kobietom i różnym rozmowom które z nimi prowadziłam. Bo szczerze powiedziawszy zadziwia mnie jak wiele z nas i mówię tu o wszystkich kobietach. Tak tych cis jaki transpłciowych A więc zadziwia mnie jak wiele z nas kipi negatywnymi uczuciami do innych kobiet.
Zwłaszcza, że wcale nie mamy łatwo w świecie którym rządzi patriarchat. Oczywiście ten model powoli się się zmienia, ale nie trzeba być omnibusem by wiedzieć jak wielu osobom te zmiany się nie podobają. A więc czemu jeszcze do tego same sobie nawzajem z radosnym błyskiem oka podrzucamy kłody pod nogi? Jakiś czas temu widziałam na pewnym portalu społecznościowym świetny mem którego tekst bardzo mi się spodobał: Bądź królową, która poprawia drugiej królowej koronę bez powiadamiania całego świata, że spadła jej z głowy.
I właśnie w tym kierunku zmierzam, Dzień Kobiet powinien być dniem naszej kobiecej jedności. Dniem w którym jednoczymy się i pokazujemy, że wbrew pewnym opinią obraz kobiety jako tej słabej płci jest nieaktualny. A najlepiej żeby przenosić tą solidarność z tego jednego dnia... na cały rok właśnie. Więc zamiast wbijać szpile koleżance, to idź z nią na drinka by świętować jej awans w świecie w którym mężczyzną jest łatwiej. Bądźmy dla siebie dobre i to nie tylko ten jeden dzień w roku i życzę tego tak sobie jak i wam z okazji nadchodzącego naszego dnia.
Z drugiej strony przez lata marzyłam by móc świętować z kobietami całego świata. I w sumie co się dziwić? Przez większość życia byłam dostawcą tych stereotypowych tulipanów, a nie odbiorczynią. Oczywiście mój pierwszy Dzień Kobiet był dla mnie wyjątkowy i spędziłam go z bliskimi mi kobietami w tamtym okresie czasu.
Ale czas płynie świat się zmienił, ja nieco wydoroślałam (nieco) i moje spojrzenie na ten dzień również się zmieniło. Na gorsze, czy lepsze? To już pewnie zależy od oceniających, fakt faktem zmiany te nastąpiły głównie dzięki innym kobietom i różnym rozmowom które z nimi prowadziłam. Bo szczerze powiedziawszy zadziwia mnie jak wiele z nas i mówię tu o wszystkich kobietach. Tak tych cis jaki transpłciowych A więc zadziwia mnie jak wiele z nas kipi negatywnymi uczuciami do innych kobiet.
Zwłaszcza, że wcale nie mamy łatwo w świecie którym rządzi patriarchat. Oczywiście ten model powoli się się zmienia, ale nie trzeba być omnibusem by wiedzieć jak wielu osobom te zmiany się nie podobają. A więc czemu jeszcze do tego same sobie nawzajem z radosnym błyskiem oka podrzucamy kłody pod nogi? Jakiś czas temu widziałam na pewnym portalu społecznościowym świetny mem którego tekst bardzo mi się spodobał: Bądź królową, która poprawia drugiej królowej koronę bez powiadamiania całego świata, że spadła jej z głowy.
I właśnie w tym kierunku zmierzam, Dzień Kobiet powinien być dniem naszej kobiecej jedności. Dniem w którym jednoczymy się i pokazujemy, że wbrew pewnym opinią obraz kobiety jako tej słabej płci jest nieaktualny. A najlepiej żeby przenosić tą solidarność z tego jednego dnia... na cały rok właśnie. Więc zamiast wbijać szpile koleżance, to idź z nią na drinka by świętować jej awans w świecie w którym mężczyzną jest łatwiej. Bądźmy dla siebie dobre i to nie tylko ten jeden dzień w roku i życzę tego tak sobie jak i wam z okazji nadchodzącego naszego dnia.
poniedziałek, 25 lutego 2019
Nie ma takich ludzi...
Długi czas zastanawiałam się, czy pisać na ten temat. Ale już od dawna mój blog robi się coraz bardziej osobisty i na dobrą sprawę nie ma co się dziwić. W końcu o wszystkim piszę z własnego doświadczenia. A temat który chcę dziś poruszyć, jest dość trudny nie tylko dla osoby transseksualnej, ale i sporo cispłciowych ludzi może mieć z tym problem.
Jakiś czas temu zerwałam kontakt z osobą, która zaczęła się wobec mnie zachowywać toksycznie. Oczywiście wywołało to jej wielkie oburzenie, bo jak śmiałam coś takiego zrobić i oczywiście rozpoczął się maraton podchodów przez moją bliską przyjaciółkę. Maraton ma się rozumieć nie skuteczny.
Według tej osoby nie powinnam zrywać kontaktu ponieważ jest mało osób tolerujących transseksualizm. Myśl tak odkrywcza jak i błędna... bo na dobrą sprawę mimo dość dużego negatywnego przekazu w mediach to w codzienności okazuje się, że wcale nie jest tak źle. Oczywiście zdarzają się różne złe, a i nawet bardzo złe przygody jednak należy pamiętać: ŻE W ŻADNYM KRAJU NA ŚWIECIE NIE JEST IDEALNIE POD TYM WZGLĘDEM... no ewentualnie może być gorzej niż w Polsce, lub nieco lepiej.
Tak więc nie widzę powodu do akceptowania toksycznych zachowań w swoim otoczeniu tylko dlatego, że ktoś akceptuje Cię z całym życiowym bagażem. SIC! Właśnie porównałam transseksualizm do bycia np. samotną matką. Problem jak każdy inny i trzeba sobie z nim poradzić, a wbrew pozorom nie wszyscy rozumieją jak można być samotną matką, albo skreślają taką kobietę z powodu problemów z jakimi musi się borykać w swojej codzienności.
Akceptuje Cię więc musisz mnie lubić... To nawet nie jest szantaż tylko już terroryzm i nie ma co pozwalać traktować się źle tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś się nie wstydzi wyjść na spacer z nami. Na świecie są miliardy powodów by kogoś nie akceptować, bo jakby nie patrzeć ludzie to jedyne prawdziwe potwory dla siebie nawzajem. I jeśli ktoś nas traktuje źle, to po co mamy się z tą osobą zadawać? Ulica, dzielnica, miasto, kraj, świat jest pełen innych ludzi którzy będą mieli do nas inne podejście. Pozytywne i nie narzucające nam jak mamy się zachowywać.
Bo mówiąc szczerze, gdyby ten mój znajomy nie powiedział tego co powiedział o akceptacji.. to po kilku dniach babskiego focha pewnie bym wróciła z nim do normalności. Jednak nie mam zamiaru trzymać w swoim otoczeniu kogoś kto myśli, że może być wobec mnie dupkiem bo akceptuje moje problemy. I nie ważne jaki to problem, nie musimy akceptować negatywnych zachowań wobec nas tylko dlatego, że jesteśmy przez daną osobę akceptowani.
Jakiś czas temu zerwałam kontakt z osobą, która zaczęła się wobec mnie zachowywać toksycznie. Oczywiście wywołało to jej wielkie oburzenie, bo jak śmiałam coś takiego zrobić i oczywiście rozpoczął się maraton podchodów przez moją bliską przyjaciółkę. Maraton ma się rozumieć nie skuteczny.
Według tej osoby nie powinnam zrywać kontaktu ponieważ jest mało osób tolerujących transseksualizm. Myśl tak odkrywcza jak i błędna... bo na dobrą sprawę mimo dość dużego negatywnego przekazu w mediach to w codzienności okazuje się, że wcale nie jest tak źle. Oczywiście zdarzają się różne złe, a i nawet bardzo złe przygody jednak należy pamiętać: ŻE W ŻADNYM KRAJU NA ŚWIECIE NIE JEST IDEALNIE POD TYM WZGLĘDEM... no ewentualnie może być gorzej niż w Polsce, lub nieco lepiej.
Tak więc nie widzę powodu do akceptowania toksycznych zachowań w swoim otoczeniu tylko dlatego, że ktoś akceptuje Cię z całym życiowym bagażem. SIC! Właśnie porównałam transseksualizm do bycia np. samotną matką. Problem jak każdy inny i trzeba sobie z nim poradzić, a wbrew pozorom nie wszyscy rozumieją jak można być samotną matką, albo skreślają taką kobietę z powodu problemów z jakimi musi się borykać w swojej codzienności.
Akceptuje Cię więc musisz mnie lubić... To nawet nie jest szantaż tylko już terroryzm i nie ma co pozwalać traktować się źle tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś się nie wstydzi wyjść na spacer z nami. Na świecie są miliardy powodów by kogoś nie akceptować, bo jakby nie patrzeć ludzie to jedyne prawdziwe potwory dla siebie nawzajem. I jeśli ktoś nas traktuje źle, to po co mamy się z tą osobą zadawać? Ulica, dzielnica, miasto, kraj, świat jest pełen innych ludzi którzy będą mieli do nas inne podejście. Pozytywne i nie narzucające nam jak mamy się zachowywać.
Bo mówiąc szczerze, gdyby ten mój znajomy nie powiedział tego co powiedział o akceptacji.. to po kilku dniach babskiego focha pewnie bym wróciła z nim do normalności. Jednak nie mam zamiaru trzymać w swoim otoczeniu kogoś kto myśli, że może być wobec mnie dupkiem bo akceptuje moje problemy. I nie ważne jaki to problem, nie musimy akceptować negatywnych zachowań wobec nas tylko dlatego, że jesteśmy przez daną osobę akceptowani.
wtorek, 12 lutego 2019
Amerykańscy naukowcy odkryli...
Jak już wielokrotnie wspominałam depresja to poważny problem wśród osób transseksualnych. Od niedawna krąży po internecie artykuł na temat pozytywnego wpływu wykorzystywania wobec osoby transseksualnej właściwych zaimków, oraz imienia jakie ta osoba sobie wybrała. I jak tytuł sugeruje artykuł jest oparty na badaniach amerykańskich naukowców.
Żarty o amerykańskich naukowcach są równie częste co ogłaszane przez nich wyniki badań i w sumie wiele osób z mojego otoczenia chociaż kilka razy w roku rzuca jakiś żart w temacie. Jednak wyjątkowo się z nimi zgadzam. Chociaż problemy z tożsamością płciową nie są jedynym powodem mojego kiepskiego stanu psychicznego przez lata, to jednak stanowiły fundament tego stanu rzeczy.
Nie wiem czy dało by się tego uniknąć, jakby nie patrzeć wychowywałam się w czasach kiedy mówienie o transseksualizmie, czy chociażby homoseksualizmie nie było czymś popularnym. Do tego pochodzę z małej wsi, gdzie dość często spotykałam się z negatywnym ocenianiem osób nie mieszczących się w tzw. przyjętych normach.Tak więc gdy już dowiedziałam jaki jest mój problem i czym się go je, starałam się z całych sił go zamaskować i żyć wedle tych przyjętych norm. Wyrządziło mi to więcej szkody niż pożytku, ale takie życie. Nikt przecież nie obiecywał, że będzie miło i zawsze łatwo.
Na szczęście czasy się zmieniły i o ile nie mogę zmienić że w gabinetach lekarskich, gdzie lekarze faktycznie nagminnie używają wobec swoich pacjentów których prowadzą przez korektę płci form które sprawiają im ból, to mogę zachęcić was drodzy czytelnicy do pytania o to. Dziś coraz więcej młodych ludzi wychodzi z szafy i ujawnia się w życiu. Warto więc zapytać o to jakiego imienia wobec tej osoby używać i jakich zaimków. Pierwsze wrażenia mogą być dziwne dla was, doskonale wiem po swoich bliskich jak trudno było im się przestawić na formę żeńską. Ale to jest jeden z tych drobiazgów, który może zrobić różnicę i młodemu człowiekowi pomóc w łagodniejszym przejściu tego koszmaru.
Żarty o amerykańskich naukowcach są równie częste co ogłaszane przez nich wyniki badań i w sumie wiele osób z mojego otoczenia chociaż kilka razy w roku rzuca jakiś żart w temacie. Jednak wyjątkowo się z nimi zgadzam. Chociaż problemy z tożsamością płciową nie są jedynym powodem mojego kiepskiego stanu psychicznego przez lata, to jednak stanowiły fundament tego stanu rzeczy.
Nie wiem czy dało by się tego uniknąć, jakby nie patrzeć wychowywałam się w czasach kiedy mówienie o transseksualizmie, czy chociażby homoseksualizmie nie było czymś popularnym. Do tego pochodzę z małej wsi, gdzie dość często spotykałam się z negatywnym ocenianiem osób nie mieszczących się w tzw. przyjętych normach.Tak więc gdy już dowiedziałam jaki jest mój problem i czym się go je, starałam się z całych sił go zamaskować i żyć wedle tych przyjętych norm. Wyrządziło mi to więcej szkody niż pożytku, ale takie życie. Nikt przecież nie obiecywał, że będzie miło i zawsze łatwo.
Na szczęście czasy się zmieniły i o ile nie mogę zmienić że w gabinetach lekarskich, gdzie lekarze faktycznie nagminnie używają wobec swoich pacjentów których prowadzą przez korektę płci form które sprawiają im ból, to mogę zachęcić was drodzy czytelnicy do pytania o to. Dziś coraz więcej młodych ludzi wychodzi z szafy i ujawnia się w życiu. Warto więc zapytać o to jakiego imienia wobec tej osoby używać i jakich zaimków. Pierwsze wrażenia mogą być dziwne dla was, doskonale wiem po swoich bliskich jak trudno było im się przestawić na formę żeńską. Ale to jest jeden z tych drobiazgów, który może zrobić różnicę i młodemu człowiekowi pomóc w łagodniejszym przejściu tego koszmaru.
piątek, 8 lutego 2019
Walentynki
Powoli zbliża się jeden z tych dni w roku, który wzbudza wiele skrajnych emocji. Walentynki - Dzień Zakochanych. Przez jednych celebrowany, przez innych znienawidzony, a jeszcze przez innych uważany za dzień jak co dzień.
Dzień św. Walentego, który jest przecież patronem ciężko chorych - zwłaszcza umysłowo chorych to jakby nie patrzeć idealny wybór na Dzień Zakochanych. Przecież zakochanie to na dobrą sprawę jest szaleństwo w czystej postaci. Osobiście bardzo lubię to święto i cały popkulturowy kicz który ze sobą niesie.
Nawet jak jestem akurat singielką nie widzę w tym dniu niczego złego. Zwłaszcza od czasu, gdy pokochałam sama siebie. Bo czemu nie celebrować w samotności tego, że kochamy siebie? Przecież właśnie to uczucie miłości do siebie, które wypełnia nas pewnością siebie pomoże zbudować w przyszłości coś trwałego, gdy natrafimy na tą jedną jedyną osobę.
Poza tym jak się nie cieszyć na widok tych wszystkich par, które w tym dniu wylewają się na ulice miast niczym woda z przerwanej tamy. Wszędzie wiszące serca, oraz róż atakujący z wszystkich wystaw dookoła. Mimo, że oczywiste jest, że to biznes... środek by zarobić na ogarniętych swoim szaleństwem parach, to ma to swój urok. Zresztą jak wszystkie święta w dzisiejszych czasach Walentynki to świetny okres by nieco zarobić.
Przecież tylko wrócimy z cmentarzy zapominając o promocjach na znicze i wieńce którymi nas atakowano przed Dniem Wszystkich Świętych, a już zaczyna się kanonada promocyjna z okazji Bożego Narodzenia. I irytuje to według mnie dużo bardziej niż w Walentynki, których szaleństwo trwa zaledwie kilka dni, a nie miesiąc czy dwa.
Celebrowanie Walentynek to nic złego, nie celebrowanie również. Ale miło jest popłynąć na fali tego szaleństwa nawet, gdy obok nas nie ma bratniej duszy. Warto wyjść na spacer i cieszyć się z tych wszystkich pozytywnych uczuć które wylewają się z wszystkich stron. Zwłaszcza, gdy coraz trudniej o nie w codzienności.
Dzień św. Walentego, który jest przecież patronem ciężko chorych - zwłaszcza umysłowo chorych to jakby nie patrzeć idealny wybór na Dzień Zakochanych. Przecież zakochanie to na dobrą sprawę jest szaleństwo w czystej postaci. Osobiście bardzo lubię to święto i cały popkulturowy kicz który ze sobą niesie.
Nawet jak jestem akurat singielką nie widzę w tym dniu niczego złego. Zwłaszcza od czasu, gdy pokochałam sama siebie. Bo czemu nie celebrować w samotności tego, że kochamy siebie? Przecież właśnie to uczucie miłości do siebie, które wypełnia nas pewnością siebie pomoże zbudować w przyszłości coś trwałego, gdy natrafimy na tą jedną jedyną osobę.
Poza tym jak się nie cieszyć na widok tych wszystkich par, które w tym dniu wylewają się na ulice miast niczym woda z przerwanej tamy. Wszędzie wiszące serca, oraz róż atakujący z wszystkich wystaw dookoła. Mimo, że oczywiste jest, że to biznes... środek by zarobić na ogarniętych swoim szaleństwem parach, to ma to swój urok. Zresztą jak wszystkie święta w dzisiejszych czasach Walentynki to świetny okres by nieco zarobić.
Przecież tylko wrócimy z cmentarzy zapominając o promocjach na znicze i wieńce którymi nas atakowano przed Dniem Wszystkich Świętych, a już zaczyna się kanonada promocyjna z okazji Bożego Narodzenia. I irytuje to według mnie dużo bardziej niż w Walentynki, których szaleństwo trwa zaledwie kilka dni, a nie miesiąc czy dwa.
Celebrowanie Walentynek to nic złego, nie celebrowanie również. Ale miło jest popłynąć na fali tego szaleństwa nawet, gdy obok nas nie ma bratniej duszy. Warto wyjść na spacer i cieszyć się z tych wszystkich pozytywnych uczuć które wylewają się z wszystkich stron. Zwłaszcza, gdy coraz trudniej o nie w codzienności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



