Rok 1999 Gwendolyn Ann Smith ku pamięci bostońskiej działaczki Rity Huster, która została zamordowana w Allston w stanie Massachusetts rozpoczęła jedną z najważniejszych tradycji dla środowiska osób transpłciowych na całym świecie.
20 listopada to dla nas wszystkich dzień zadumy, dzień w którym pochylamy głowy nad ofiarami przemocy, braku zrozumienia/akceptacji naszego problemu przez który i tak cierpimy niemiłosierne katusze nie zważając na kraj i podejście w tym kraju do transseksualizmu.
20 listopada to Dzień Pamięci Osób Transpłciowych. To dzień w którym wszystkie społeczności osób transpłciowych wyciągają i czytają długą listę ofiar przemocy i bezsilności w swoim dążeniu do bycia sobą. Bo padamy ofiaramy nie tylko osób mających problem ze zrozumieniem nas. Depresja zbiera krwawe żniwo wśród osób transpłciowych. Ofiar samobójstw niezliczona ilość, a statystyka nie jest w stanie powiedzieć tak naprawdę jak wiele osób przeszło ostateczną granicę bezsilności z tego powodu.
Dlatego dziś, gdy piszę ten post kilka dni przed 20 listopada. Reagujcie na agresję wobec swoich transpłciowych znajomych, interesujcie się nimi i ich problemami. Nasze życie jest bardzo skomplikowane i wiele z nas nie radzi sobie z tym wszystkim. Hormony nie zmieniają nas tylko fizycznie, ale i psychicznie. Bardzo często nie jesteśmy w stanie się obronić lub poradzić z najprostszymi rzeczami które dla każdej cispłciowej osoby są banalne.
20 listopada - zapal świeczkę za tych którym życie nie dało szansy. Za tych którym drugim człowiek nie dał szansy. Zapal świeczkę by pamiętać, że osoba transpłciowa nie jest gorszym człowiekiem od Ciebie. Ma uczucia i problemy których często Ty nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. 20 listopada to nasz własny dzień Wszystkich Świętych.
piątek, 16 listopada 2018
piątek, 2 listopada 2018
Płeć i seks
Płeć i seks. Tematy na tyle kontrowersyjne w naszym kraju, że mogą spokojnie stanąć w jednym rzędzie z polityką i religią. Nie będę tutaj namawiać do zmiany sposobu życia, jak już wielokrotnie mówiłam różnorodność to jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie. Po prostu mam ochotę podzielić się z wami moimi przeżyciami w tych dwóch ściśle powiązanych ze sobą sprawach.
Jako osoba transseksualna bardzo szybko odkryłam, że płeć w uczuciach nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Sama przez tak długi czas byłam zmuszona do życia pomiędzy obydwoma płciami, że ani jej fizyczny ani społeczny aspekt nie wpływa w żadnym stopniu na mój wybór drugiej połówki. Zresztą jak już kiedyś pisałam płeć nie determinuje naszych pasji, czy tego czym się zajmujemy w życiu. To nie ona wpływa na to jakimi jesteśmy ludźmi.
Do tego oczywiście dochodzi seks. Jakby nie patrzeć jest on istotną częścią naszego życia, jednak biorąc przez lata hormony moje potrzeby spadły praktycznie do zera. Jestem można powiedzieć wolna od wyścigu reprodukcji zapisanego w naszym kodzie genetycznym. I o ile gdzieś tam w głowie od czasu do czasu zapali się czerwona lampka rozsądku, głównie z powodu higieny psychicznej to przez większość czasu nawet nie myślę o seksie.
I teraz połączmy te dwa elementy w całość. Poznając jakąkolwiek osobę na pierwszym miejscu stawiam na to jaką jest osobą, jakie ma poczucie humoru, jaki charakter. Czyli dosłownie rzecz biorąc jak się przy niej czuje. Nie jestem związana przez społecznie narzuconą normę - nie masz faceta, dzieci to nie jesteś szczęśliwa. A dzięki temu mogę spokojnie szukać swojej drugiej połówki nie słysząc bez przerwy w głowie: "musisz".
A i trzeba pamiętać o tym, że nie mam w sobie potrzeby przekazywania dalej genów. Zresztą bądźmy szczerzy jako transseksualna kobieta, poza adopcją nie mam żadnych możliwości by być matką. I o ile parę lat temu miałam atak uczuć macierzyńskich, to po licznych długich rozmowach z samą sobą wiem że brak możliwości bycia matką nie jest tragedią. Można się realizować na tylu płaszczyznach, że to się w głowie nie mieści. Jednak jest to myśl do której trzeba wewnętrznie dojrzeć inaczej ciężko się z nią pogodzić.
Płeć i seks. Można powiedzieć, że jestem w pewien sposób uwolniona z tych łańcuchów, chociaż nie każdy podchodzi tak do tych pojęć. Jednak dzięki temu mam o wiele mniejsze szanse na popełnienie błędu. Żyje w świecie czystych emocji i kieruje się głównie swoimi odczuciami. Kotwica podniesiona, żagle na maszcie, kierunek szczęście.
Jako osoba transseksualna bardzo szybko odkryłam, że płeć w uczuciach nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Sama przez tak długi czas byłam zmuszona do życia pomiędzy obydwoma płciami, że ani jej fizyczny ani społeczny aspekt nie wpływa w żadnym stopniu na mój wybór drugiej połówki. Zresztą jak już kiedyś pisałam płeć nie determinuje naszych pasji, czy tego czym się zajmujemy w życiu. To nie ona wpływa na to jakimi jesteśmy ludźmi.
Do tego oczywiście dochodzi seks. Jakby nie patrzeć jest on istotną częścią naszego życia, jednak biorąc przez lata hormony moje potrzeby spadły praktycznie do zera. Jestem można powiedzieć wolna od wyścigu reprodukcji zapisanego w naszym kodzie genetycznym. I o ile gdzieś tam w głowie od czasu do czasu zapali się czerwona lampka rozsądku, głównie z powodu higieny psychicznej to przez większość czasu nawet nie myślę o seksie.
I teraz połączmy te dwa elementy w całość. Poznając jakąkolwiek osobę na pierwszym miejscu stawiam na to jaką jest osobą, jakie ma poczucie humoru, jaki charakter. Czyli dosłownie rzecz biorąc jak się przy niej czuje. Nie jestem związana przez społecznie narzuconą normę - nie masz faceta, dzieci to nie jesteś szczęśliwa. A dzięki temu mogę spokojnie szukać swojej drugiej połówki nie słysząc bez przerwy w głowie: "musisz".
A i trzeba pamiętać o tym, że nie mam w sobie potrzeby przekazywania dalej genów. Zresztą bądźmy szczerzy jako transseksualna kobieta, poza adopcją nie mam żadnych możliwości by być matką. I o ile parę lat temu miałam atak uczuć macierzyńskich, to po licznych długich rozmowach z samą sobą wiem że brak możliwości bycia matką nie jest tragedią. Można się realizować na tylu płaszczyznach, że to się w głowie nie mieści. Jednak jest to myśl do której trzeba wewnętrznie dojrzeć inaczej ciężko się z nią pogodzić.
Płeć i seks. Można powiedzieć, że jestem w pewien sposób uwolniona z tych łańcuchów, chociaż nie każdy podchodzi tak do tych pojęć. Jednak dzięki temu mam o wiele mniejsze szanse na popełnienie błędu. Żyje w świecie czystych emocji i kieruje się głównie swoimi odczuciami. Kotwica podniesiona, żagle na maszcie, kierunek szczęście.
poniedziałek, 29 października 2018
I znowu o związkach
I znowu wracam do mojego ulubionego tematu rzeki, ale związki to temat wdzięczny i praktycznie bez możliwości wyczerpania. A przyznaje się bez bicia, że czasem brakuje mi pomysłu na cotygodniowy wpis, ale do tego wrócimy pod koniec tego wpisu. Nie raz, ani nie dwa spotkałam się z opinią, że transseksualna kobieta nigdy nie znajdzie sobie drugiej połówki.
Jest to oczywiście bzdura totalna. Żyjemy w dziwnych czasach i przynależność do jakiejkolwiek literki LGBT nie skreśla nas w miłosnej grze. Wręcz przeciwnie posłuchajcie swoich heteronormatywnych znajomych i trochę pomyślcie, a nagle dojdziecie do wniosku, że każdy bez względu na płeć/orientacje ma problem ze znalezieniem swojej drugiej połówki jabłka.
Owszem może nam się wydawać, że mamy trudniej. Jesteśmy skreślane z powodu naszej przeszłości, aktualnego etapu leczenia, lub zwyczajnie dlatego że ktoś ma problem z ogarnięciem tematu transseksualizmu i jest zwyczajnie uprzedzony. Jednak prawda jest taka, że w miłosnych szachach nie ma żadnych zasad.
Ten etap pierwszych randek i poznawania się nie jest niczym jak reklamą, to właściwie od niego zależy czy znajomość rozwinie się w coś więcej, czy wręcz odwrotnie. Staramy się zainteresować sobą i zauroczyć, więc jest tu wiele możliwości by wystraszyć naszą/szego wybrankę/a. Osobiście stosuje zasadę ograniczonej szczerości o czym wspominałam już wcześniej. Nawet jeśli już się wyoutuje, to pozwalam tej drugiej osobie decydować w jakim tempie chce zdobywać dokładniejsze informacje.
Metoda ta ma jeden znaczący plus pozwala mi ocenić jakimi kwestiami dotyczącymi mnie interesuje się dana osoba. Z odrobiną asertywności i dystansu pozwala jednak na mówienie o swoim problemie z tożsamością płciową bez wystraszenia zalewem informacjami i narzekaniem jak to źle i ciężko jest. Zwłaszcza to drugie potrafi wystraszyć zainteresowanego.
Bo na dobrą sprawę najpierw musimy być sobą, a dopiero potem tymi transseksualnymi kobietami. To nasz charakter, pasje i sposób bycia przyciągają, a nie wiecznie wyciągany na piedestał transseksualizm. Jeśli nie dajemy się poznać jako człowiek, tylko jako sterta problemów z własną tożsamością to faktycznie bardzo ciężko jest kogoś poznać. Oczywiście zawsze się znajdzie ktoś, komu coś się nie spodoba i bardzo często będzie to sama nie rozrysowana informacja "jestem trans". Jednak jak już wspominałam w miłosnych szachach nie ma zasad i otwierając przed kimś serce trzeba się liczyć z możliwością zranienia i to nie zależnie od płci, czy orientacji.
Kończąc ten wpis mam nadzieję, że podoba wam się nowa szata graficzna bloga. Cały wczorajszy wieczór poświęciłam na przeniesienie bloga na nową domenę i dopieszczenie go. Oczywiście czeka mnie jeszcze zaprojektowanie loga, ale z tym bez pośpiechu od dawna już nie rysuje i zajmie mi to trochę czasu. Wracając do sprawy poruszonej przez mnie na początku wpisu, nie zawsze mam wenę by wymyślić jakiś ciekawy temat. Tak więc pytajcie w komentarzach! Najtrafniejsze pytania w moim odczuciu z pewnością dostaną obszerne odpowiedzi w formie wpisu, a na resztę również odpowiem w jakiś ciekawy sposób.
Jest to oczywiście bzdura totalna. Żyjemy w dziwnych czasach i przynależność do jakiejkolwiek literki LGBT nie skreśla nas w miłosnej grze. Wręcz przeciwnie posłuchajcie swoich heteronormatywnych znajomych i trochę pomyślcie, a nagle dojdziecie do wniosku, że każdy bez względu na płeć/orientacje ma problem ze znalezieniem swojej drugiej połówki jabłka.
Owszem może nam się wydawać, że mamy trudniej. Jesteśmy skreślane z powodu naszej przeszłości, aktualnego etapu leczenia, lub zwyczajnie dlatego że ktoś ma problem z ogarnięciem tematu transseksualizmu i jest zwyczajnie uprzedzony. Jednak prawda jest taka, że w miłosnych szachach nie ma żadnych zasad.
Ten etap pierwszych randek i poznawania się nie jest niczym jak reklamą, to właściwie od niego zależy czy znajomość rozwinie się w coś więcej, czy wręcz odwrotnie. Staramy się zainteresować sobą i zauroczyć, więc jest tu wiele możliwości by wystraszyć naszą/szego wybrankę/a. Osobiście stosuje zasadę ograniczonej szczerości o czym wspominałam już wcześniej. Nawet jeśli już się wyoutuje, to pozwalam tej drugiej osobie decydować w jakim tempie chce zdobywać dokładniejsze informacje.
Metoda ta ma jeden znaczący plus pozwala mi ocenić jakimi kwestiami dotyczącymi mnie interesuje się dana osoba. Z odrobiną asertywności i dystansu pozwala jednak na mówienie o swoim problemie z tożsamością płciową bez wystraszenia zalewem informacjami i narzekaniem jak to źle i ciężko jest. Zwłaszcza to drugie potrafi wystraszyć zainteresowanego.
Bo na dobrą sprawę najpierw musimy być sobą, a dopiero potem tymi transseksualnymi kobietami. To nasz charakter, pasje i sposób bycia przyciągają, a nie wiecznie wyciągany na piedestał transseksualizm. Jeśli nie dajemy się poznać jako człowiek, tylko jako sterta problemów z własną tożsamością to faktycznie bardzo ciężko jest kogoś poznać. Oczywiście zawsze się znajdzie ktoś, komu coś się nie spodoba i bardzo często będzie to sama nie rozrysowana informacja "jestem trans". Jednak jak już wspominałam w miłosnych szachach nie ma zasad i otwierając przed kimś serce trzeba się liczyć z możliwością zranienia i to nie zależnie od płci, czy orientacji.
Kończąc ten wpis mam nadzieję, że podoba wam się nowa szata graficzna bloga. Cały wczorajszy wieczór poświęciłam na przeniesienie bloga na nową domenę i dopieszczenie go. Oczywiście czeka mnie jeszcze zaprojektowanie loga, ale z tym bez pośpiechu od dawna już nie rysuje i zajmie mi to trochę czasu. Wracając do sprawy poruszonej przez mnie na początku wpisu, nie zawsze mam wenę by wymyślić jakiś ciekawy temat. Tak więc pytajcie w komentarzach! Najtrafniejsze pytania w moim odczuciu z pewnością dostaną obszerne odpowiedzi w formie wpisu, a na resztę również odpowiem w jakiś ciekawy sposób.
niedziela, 28 października 2018
Miłość, czy przyjaźń?
Czas płynie i poznajemy różnych ludzi, raz nam bliższych raz dalszych jak to już bywa w życiu. Jednak od czasu do czasu poznajemy kogoś wyjątkowego. Jest to osoba której myśli biegną jednym torem z naszymi. Takie znajomości nie zdarzają się często, ale jak się już zdarzą to często mogą przeobrazić się w coś głębszego. Niestety kiedy taka relacja wchodzi na głębiny związku nagle może się ta magiczna więź zerwać.
Z czasem, a co za tym idzie z wiekiem przestałam się rzucać w tę głębinę na ślepo i zaczęłam rozważać, czy aby z pewnością tego chce. Związek potrafi zniszczyć głęboką przyjaźń i odsunąć od siebie najbliższe serca, więc czasem ze strachem myślę o tym, że z pięknej przyjaźni może powstać coś więcej. Oczywiście nie ma co generalizować, że każda taka znajomość może skończyć się rozpadem tak związku jak i przyjaźni. Jakby przecież nie patrzeć przyjaźń jest najlepszym fundamentem pod naprawdę głębokie uczucie.
Z taką przyjaźnią wiążą się z mojego doświadczenia różne mniej i bardziej trudne sytuacje. Na pierwszy ogień wezmę sytuacje w której jedna strona chce, a druga właśnie wręcz przeciwnie. Nie jest łatwo wytłumaczyć, że miłość nie występuje tylko pod jedną postacią takiej osobie, która koniecznie chce przejść z przyjaźni w związek. Taka sytuacja może skończyć się właściwie na kilka sposobów które tak naprawdę ciężko przewidzieć. Wymuszony związek, przyjaźń lub jej rozpad i oczywiście różne pochodne tych trzech. Jak zawsze powtarzam nie można generalizować i możliwości jest tak wiele jak i ludzi. Różnorodność jest piękna.
Druga przykładowa możliwość jest chyba znacznie rzadsza, ale i myślę że łatwiejsza. Kiedy obydwie strony chcą właśnie tej przyjaźni, pozwala to na naturalny rozwój sytuacji. Nikt nie wywiera presji i ma to możliwość rozwinięcia się w coś więcej niż tylko przyjaźń, ale i nikt nie czuje zawodu - a wraz z nim gniewu, bo ten często idzie w parze z zawodem miłosnym - kiedy się nie uda. W końcu przyjaźń to też forma przyjaźni i czasem warto dokładnie przemyśleć ten krok do przodu który wyniesie nas ze sfery przyjaźni w sferę związku.
Przepaść
Długi czas zastanawiałam się od czego rozpocząć ten wpis i szczerze powiedziawszy nic co napisałam nie zadowalało mnie. Zwyczajnie brakuje mi słów w które mogła bym ubrać towarzyszące mi od kilku dni emocje. Nagle staje się coś na co wyczekujesz od lat i jak zwykle bywa w takich sytuacjach oczekiwania przerosły rzeczywistość. Zagubienie - chyba najlepiej odpowiada temu co czuje w tej chwili, a i to nie jestem pewna czy aby z pewnością jest to słowo, które dobrze oddaje moje uczucia.
Nagle po latach odzyskujesz kontakt z osobą o której możesz powiedzieć, że jest najbliższa sercu i nie potrafisz tak naprawdę prowadzić rozmowy. I pomimo, że atmosfera jest miła, czujesz jak raz za razem serce przebija igła bólu. Niby wszystko jest dobrze... ale gdzieś tam głęboko w sobie masz strach, że wszystko zacznie się od nowa. Kolejne odrzucenie, kolejne zasypywanie się pytaniami dlaczego? Po mimo, że odpowiedź jest oczywista. I pojawia się przepaść - przepaść którą masz nadzieję zasypać.
Bo nie każda rana goi się nie zostawiając szpetnej blizny, a nad przepaścią zazwyczaj łatwiej wybudować most który tylko na nowo połączy rozdzielone brzegi. I wypadku odbudowywania takiej relacji nie sposób nie spojrzeć od czasu do czasu na tę bliznę, czy też wychylić się przez barierkę i rzucić okiem w otchłań. I odkrywasz, że mimo najlepszych chęci nie będzie już tak samo. Minęło wiele lat i jesteście innymi ludźmi, praktycznie obcymi i mimo, że nadal są jakieś cienkie łączące was nici nie da się wrócić do tego co było.
I właściwie bardzo ciężko wyjść z tej sytuacji, przejść do codzienności bez ciągłego zadręczania się które odbija się na psychice w bardzo bolesny sposób. Może tak naprawdę zamiast budować ten most, lepiej by było wytyczyć zupełnie nową drogę która ominie przepaść gdzieś daleko. Jednak to wymaga bardzo dużo czasu i siły, jest to bardzo trudne. Trochę jak szukanie kontaktu w ciemnym pokoju w którym w losowych miejscach ktoś wysypał klocki lego i każdy nie ostrożny krok może wywołać ból. I jedyne co pozostaje to pracować nad tą nową drogą trzymając się nadziei, że wszystko będzie dobrze.
Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody
Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, jednak ile razy to robimy? No ja ostatnio coraz mniej... 30 lat i jakieś tam już doświadczenie nauczyło mnie, że jednak to nie ma sensu. Jednak od czasu do czasu jakiś diabeł mnie podkusi i popełniam ten błąd. I w teorii nie ma w tym nic złego, bo przecież każdy zasługuje na drugą szansę.
Inna sprawa kiedy tych szans już nie potrafimy zliczyć, a i tak... dajemy kolejną naiwnie się łudząc że ta druga osoba się zmieni. I nie ważne, że doskonale zdajemy sobie sprawę że to złudna nadzieja. I rzucamy się znowu w przepaść doskonale wiedząc, że na jej dnie czeka nas tylko sterta kamieni, potłuczone szkło i ciernie. I mimo, że dość wiele razy zastanawiam się co mną kieruje w tym wyborze nie potrafię znaleźć jednoznacznej odpowiedzi.
Może to strach przed samotnością, albo zmęczenie nią? Jednak nie ma to większego sensu ponieważ tak naprawdę nie jestem sama. A może to moja pycha nie pozwala mi uwierzyć, że ta osoba tak naprawdę tylko się mną bawi? Też nie jest to wyczerpująca odpowiedź... właściwie w kontaktach międzyludzkich nie mam na tyle pewności siebie, by wierzyć bym mogła być dla kogoś bezwarunkowo atrakcyjna. A jednak coś mnie popycha w tę przepaść desperacji.
Najzabawniej jest kiedy uświadamiam sobie, że tak naprawdę już nic nie czuje do tej osoby i daje się podpuścić, że mnie darzy wielkim uczuciem. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Wierzę w te zapewnienia, bez problemu daje się omamić słodkim słowom bo mają one dla mnie równie duże znaczenie co dotyk. I chyba coś jest w tym zdjęciu wędrującym po sieci z napisem, że nieodpowiedni mężczyźni nauczyli się mówić odpowiednie rzeczy. No w moim wypadku akurat nie tylko nieodpowiedni mężczyźni. Tak więc nie dawajmy się ponieść emocjom wzbudzanym przez te słowa, bo dwie szanse to o już o jedną szansę za dużo.
Czy warto było?
Jakiś czas temu zadano mi pytanie "Czy warto było poświęcić tak wiele, by być tym kim dziś jesteś w tym miejscu gdzie jesteś?" Pytanie to zadała mi znajoma fotografka, z którą kilka lat temu pracowałam jako jej modelka. Pytanie szczerze powiedziawszy mnie zaskoczyło ponieważ uważałam, że zna mnie na tyle że odpowiedź jest oczywista. Ale to co dla mnie jest oczywiste, dla innych nie koniecznie takie jest.
Wielu osobom nie mieści się pewnie w głowie, że z własnej nie przymuszonej woli można chcieć trafić na listę skreślonych przez dużą część społeczeństwa. Skomplikować sobie życie na lata i bardzo często skazać się na samotność. Jeszcze w wypadku osób transseksualnych korygujących płeć z żeńskiej na męskiej można trafić na jakieś zrozumienie. "No pewnie chcesz podwyższyć swój status społeczny", albo "Chcesz więcej zarabiać". Jakoś trudno przychodzi zrozumienie, że jest to tylko wewnętrzna potrzeba beż żadnych innych podtekstów.
Śmiało mogę powiedzieć, że było warto. Oczywiście miewam trudne chwile, korekta płci nie jest łatwą procedurą i nie raz, ani nie dwa nachodziły mnie momenty zwątpienia że to wszystko ma sens. Jednak to trochę jak pozbycie się ogromnego ciężaru, albo wypłynięcie na powierzchnię wody i złapanie oddechu. Zawsze jak spoglądam wstecz i widzę jak bardzo się zmieniłam przepełnia mnie nie tylko szczęście ale i duma. Bo tak udało mi się. Jestem sobą w 100% i nie muszę grać kogoś kim nigdy się nie czułam.
Zresztą czego mam żałować? Teraz czuje się atrakcyjna i jak mówi moja znajoma z oczu bije mi szczęście. I coś w tym jest. Może się to w głowie nie mieścić bo Polska nie należy do czołówki krajów tolerancyjnych. No i jak można się cieszyć z tej dyskryminacji która mnie spotyka? No i faktycznie nie cieszę się, ale z godnością stawiam jej czoła i każde zwycięstwo na tym polu to powód do radości. Albo jak cieszyć się z odrzucenia przez bliskich? Oczywiście, że się nie da i zostawia to głęboką bruzdę w umyśle, ale jestem otoczona ludźmi którzy szczerze mnie kochają taką jaką jestem, a to już bardzo duży powód do zadowolenia.
I tak właśnie to wygląda, że na każde nie jestem wstanie znaleźć kontrargument. Więc bezsprzecznie było warto i nie zmieniła bym tej sytuacji na tą w jakiej mogła bym być nie przechodząc leczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





